Idealne, a może prawdziwe życie? Zapraszamy do lektury pierwszego artykułu z cyklu „Świat Rodziny” autorstwa Kasi Charzewskiej.
Czasem łapię się na tym, że zamiast przeżywać chwilę, zastanawiam się, jak wyglądałaby na zdjęciu. Czy światło jest dobre. Czy kadr byłby ładny. Czy ktoś pomyślałby, że mam szczęście. I wtedy robi mi się trochę smutno, bo przecież nie tylko ja tak mam. Wszyscy chcemy pokazać się od najlepszej strony. Nawet podczas zwykłej rozmowy potrafimy dodać sobie kilka punktów do szczęścia, odjąć trochę zmęczenia i przemilczeć porażki. Chcemy być lubiani. Podziwiani. Chcemy mieć poczucie, że nasze życie jest ważne. Przez długi czas nie rozumiałam, dlaczego tak łatwo wpadamy w tę pułapkę. Dopiero gdy zaczęłam interesować się działaniem mózgu, wiele rzeczy zaczęło układać się w całość. Nasz mózg lubi uwagę i uznanie. A najbardziej lubi nagrodę, ale to nie może tłumaczyć dlaczego zaczęliśmy stylizować nasze życie pod publikę. A życie samo w sobie nie jest pasmem sukcesów, jest różne.
Bywa nudne i trudne. Pojawiają się straty, rozczarowania i zmęczenie. Pojawia się życie, które naznaczone jest ratami do spłaty, kłótniami. Szefem, który działa na nerwy, mężem który oddycha trochę za głośno, a żona — zamiast wdzięcznie klepać kotleta w koronkowym fartuszku – wydaje polecenia niczym dowódca jednostki specjalnej. Żarcik. Kiedyś ludzie marzyli o stabilizacji. Chcieli mieć dom, pracę, rodzinę. Potem Fiata 126p, później Poloneza. Wiele osób uważało, że rodzinę trzeba założyć przed dwudziestką, bo później „co ludzie powiedzą”. Dwoje dzieci było standardem, a najlepiej więcej, tak na wszelki wypadek, gdyby jedno porwał jastrząb.
Dzisiaj chcemy znacznie więcej.
Szybszych samochodów i piękniejszych wnętrz. Fit posiłków. Coraz lepszych telefonów do robienia zdjęć. Szaf pękających od ubrań. Idealnych wakacji. Idealnych dzieci, idealnych relacji. I paradoksalnie wielu z nas ma więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Samochody są szybsze niż Polonezy, półki sklepowe uginają się od towarów, możemy polecieć na drugi koniec świata w czasie, w którym kiedyś jechało się nad morze. I to wszytko na wyciągnięcie ręki — oby moja to potrafiła.
Mamy dzieci i wakacje. Mamy możliwości. Posiadamy też internet pełen pięknych obrazków. I właśnie tutaj zaczyna się problem. Nie potraktuj mnie, Czytelniku, jak osoby atakującej Twój „lifestajl”. Sama pewnie jakiś mam a przynajmniej staram się usilnie tak myśleć. Zastanawiam się jednak, na ile to, co wkładamy do internetu, ma odzwierciedlenie w rzeczywistości.
Włączmy na chwilę Instagrama.
Anka pojechała na wakacje a jej mąż wygląda jak model z reklamy perfum. Mój niedługo dostanie drugie miejsce w samolocie. Basia — ta to ma życie, jej dzieci są takie grzeczne. Nie wiem, jak ludzie rozpoznają zachowanie dzieci po zdjęciach i rolkach, ale najwyraźniej potrafią. Na codzień wychowuję dzieci innych i z rolek nie umiem wyłapać, które jest aniołkiem a które wyszło z czeluści piekieł (nie obrażaj się, dzieci są różne). Ale Jadzia kupiła nowe krzesła, modne. Designerskie, pewnie kosztowały tyle co moja pierwsza wypłata. Znów Basia, jej mąż tyle zarabia. Kupuje jej wszystko. A ten mój? Zwykły magazynier — a mama ostrzegała.
Serduszko? Dać czy nie dać? Dam. Nie dam. Dam. Nie dam.
A potem zadzwonię do Kaśki i oczywiście nie będziemy plotkować. Plotki? Tfu. Skądże, ja nie omawiam życia innych. Będziemy zachwycać się tym, jakie wspaniałe życie mają influ. Tylko czy naprawdę mają? Jakiś czas temu przeprowadziliśmy z mężem mały eksperyment. Wrzuciliśmy tę samą rolkę i obserwowaliśmy reakcje ludzi. Wiecie co było najciekawsze? Serduszka zostawiali głównie ci, którzy na co dzień rzadko reagują na nasze treści. Reszta oglądała. Obserwowała. Analizowała, może komentowała gdzieś obok. I wtedy dotarło do mnie coś bardzo prostego. Dla wielu osób nasze życie nie jest inspiracją, jest materiałem do obserwacji.
Tymczasem prawdziwe życie dzieje się gdzie indziej.
Czy byliście kiedyś nad rawskim zalewem w pełnym słońcu? Widzieliście, jak światło tańczy na wodzie niczym tysiące małych iskier? Jedliście lody z dzieckiem i gdy wysmarowało sobie nimi całą twarz — zamiast krzyczeć: niczego nie dotykaj, śmialiście się. Szliście na spacer, trzymając ukochaną osobę za rękę i przez chwilę zabrakło Wam tchu na myśl, że kiedyś to wszystko się skończy? Jedliście truskawki i naprawdę czuliście smak truskawek, zamiast robić im zdjęcie? Siedzieliście przy grillu, popijając cytrynówkę i myśleliście, jakie masz szczęście do ludzi siedzących obok? Poświęciliście swoim dzieciom tyle uwagi, że możecie spojrzeć w lustro i powiedzieć: „wychowaliśmy je”, a nie tylko „hodowaliśmy”?
Niedawno usłyszałam zdanie, które bardzo mnie zasmuciło. — Nie możesz być jak inne dzieci i zająć się telefonem? A dziecko nie chciało telefonu, chciało uwagi. I może właśnie tutaj tkwi największy problem naszych czasów. Nagrywamy wszystko. Fotografujemy wszystko. Publikujemy wszystko. Tylko coraz rzadziej naprawdę uczestniczymy w tym, co się dzieje. A potem przychodzi nasz mózg i dopomina się o nagrodę.
Dopamina, neuroprzekaźnik związany z układem nagrody, uwielbia takie sytuacje. Każde powiadomienie, każde serduszko, komentarz może uruchamiać mechanizm, który zachęca nas do szukania kolejnych bodźców.
Jeszcze jedno zdjęcie.
Jeszcze jedna rolka.
Jeszcze jeden post.
Jeszcze trochę uwagi.
Bo to przyjemne.
Tylko, że prawdziwe szczęście rzadko mieszka w powiadomieniach. Mieszka w zwyczajnych chwilach. W smaku truskawek. W śmiechu dziecka. W rozmowie przy stole. W zmarszczkach ukochanej osoby. W wieczorze, którego nikt nie sfotografował. Instagram pokazuje wycinek rzeczywistości. Najładniejszy kadr z całego dnia, czasem z całego tygodnia. A my porównujemy do niego swoje prawdziwe życie — ze zmęczeniem, bałaganem, rachunkami, płaczącymi dziećmi i nieudanymi dniami. To trochę tak, jakby porównywać zwiastun filmu do własnej codzienności.
Dlatego, zanim następnym razem pozazdrościsz komuś idealnego śniadania, perfekcyjnego małżeństwa, albo wakacji marzeń, przypomnij sobie jedną rzecz. Najciekawsze rzeczy w życiu bardzo rzadko trafiają do internetu, bo kiedy naprawdę jesteśmy szczęśliwi, często zapominamy wyjąć telefon z kieszeni.
Kasia Charzewska
